|

Dzień jak co dzień. Zjechaliśmy na sam dół. Mętne światło latarni oświetlało tunel.
Wśród unoszącego się kurzu nie było widać prawie nic. Wiedzieliśmy, że na końcu korytarza
czeka na nas śmierć. Śmiało ruszyliśmy jej na spotkanie.
Naukowcy już dawno stwierdzili, że nie należy dłużej drążyć dziury w bebechach
ziemi. Zabronili używać dynamitu. Zakaz ten spowodował znaczne spadki wydobycia.
Zarząd nie mógł sobie pozwolić na takie straty. Górnicy schodzili do kopalni nocą.
Wysadzali co tylko się dało. Zarząd nie mógł sobie pozwolić na wykrycie nadużycia.
Ograniczono wydatki na ustrojstwa mające zapewnić bezpieczeństwo. Igrano z ogniem.
Doigrano się. Czterech górników zasypanych. Połowa poziomu zawalona. Brygada
ratunkowa w drodze. Chodnik rozpływający się w mętnym świetle. Zapach prochu.
Światło przywrócili niedawno. Dziwne, że załapało. Obwody musiały się pozrywać.
Trzeba będzie wszystko kłaść od nowa. Teraz jednak nie czas się nad tym zastanawiać.
Wiedzieliśmy, że na końcu tunelu umierają ludzie.

Doszliśmy do miejsca gdy gardziel tunelu zasypywała sterta kamieni. Rozglądaliśmy
się nerwowo sprawdzając czy gdzieś w pobliżu nie widać jakiś znaków obecności ludzi.
Cisza. Nawoływaliśmy, ale nie odpowiedziało nam nawet echo. Załamani zabraliśmy się
do pracy a wraz z upływem czasu gasła w nas nadzieja.
Pierwsze ciało wydobyliśmy spod sterty kamieni po dwóch godzinach morderczej pracy.
Było zupełnie zmasakrowane. Kiedy przenosiliśmy je na nosze rozpadało się w naszych
rękach. Ofiary nie sposób było rozpoznać.
Gorączka dawała nam się we znaki. Pot ściekłam po naszych czołach. Nie dawaliśmy
jednak za wygraną. Nie mogliśmy zostawić tam naszych kolegów. Pozostali mogli mieć
więcej szczęścia.
Usłyszałem tylko huk. Potem świat przestał istnieć.

Obudziłem się otumaniony. Wielki głaz przygniatał moją nogę. Byłem sam. Rozglądałem
się nerwowo szukając czegoś, choć sam nie wiem czego. W oddali słychać było jeszcze ostatnie
osuwające się głazy. Zamarłem z przerażenia. Każda lawina kamieni, która przeszłaby obok mnie
przyniosłaby mi śmierć.
Wszystko ucichło. Kurz opadał powoli wdzierając się do moich płuc. Nie mogłem dłużej
siedzieć w tym miejscu. Kamień przygniatający mnie stanowił poważny problem. Nie mogłem
go zsunąć. Gniótł i miażdżył nieprzyjemnie. Czułem strużkę krwi spływającą po kostce.
Cieszyłem się, bo chodź kamień mógł uszkodzić mi żyłę to jednak nie zmiażdżył mi nogi.
Po wielu nieudanych próbach udało mi się w końcu pozbyć kamienia. Szybko oszacowałem
straty. Noga miała się całkiem dobrze. Skórę kamień pociął mi nieznośnie, za to kość
była cała i zdrowa. Podniosłem się i pokuśtykałem w stronę, z której dochodziły odgłosy
przerzucania kamieni.
Długo błądziłem w labiryncie podziemnych korytarzy mamiony przez złośliwe szepty skał.
Wiedziałem, ze potrzebuje szybko znaleźć wyjście z tej sytuacji. Gdzieś tu powinno być
drugie wyjście. Szyb ewakuacyjny. Musi tu gdzieś być. Krew spływała ze mnie coraz szybciej.
Nie mogłem się skoncentrować.
Wtedy zobaczyłem ją i pomyślałem, że umieram. Była jak biały ogień pośrodku ciemności.
Wołała mnie po imieniu. Piekielnie piękna Pani Podziemia. Słyszałem, że mami błąkających
się górników, że prowadzi ich na pewną śmierć, ale to nie miało znaczenia. Ruszyłam za
jej rozkołysanymi, alabastrowymi biodrami.

Nie odzywała się. Smutek panował nad nią. Odezwałem się, choć nie wiem jak brzmiały
moje słowa. Odwróciła się i spojrzała na mnie oczyma pełnymi tajemnic. Zawróciła. Szliśmy
teraz w zupełnie innym kierunku, a może to tylko uciekająca ze mnie krew sprawiła, że
straciłem orientację. Coraz szybciej opadałem z sił. Nie mogłem za nią nadążyć.
Upadłem, a ona podeszła do mnie, uklękła i przycisnęła usta do mojej rany. Za słaby
by się bronić oczekiwałem na rozwój wydarzeń. Wyczekiwany cios nie nadszedł. Zamiast
tego powoli zacząłem wracać do siebie. Pomimo powracającej świadomości ona nie zniknęła
mi sprzed oczu.
Gdy byłem już na tyle świadomy, by zrozumieć wszystko co się wokół mnie działo, przemówiła.
-Życie w podziemiach jest pełne mroku. Ty wprowadziłeś w nie promień słońca. Jesteś już
bezpieczny. Na końcu tego korytarza znajdziesz wyjście.

Podeszła do mnie i delikatnie całując mój policzek na pożegnanie podała mi ogromny diament,
prosząc bym zatrzymał go na pamiątkę. Szedłem przez tunel pełen radości i nadziei kiedy moim
oczom ukazała się komnata pełna wszelakich skarbów. Już miałem do niej wejść gdy blask diamentu
oślepił moje oczy.
Wiedziałem. To znak. Przeszedłem obok najwspanialszego skarbca jaki istniej i ujrzałem
światło dnia. Kiedy wychodziłem z tunelu usłyszałem jej głos:
-Pokazałeś, że bardziej pragniesz życia niż klejnotów, idź zatem w pokoju.
Potem była już tylko cisza i bezpieczna droga do domu.
Wykorzystano opowiadanie "Kopalnia Złota" autorstwa Calisto Kami-Chojnackiej.
|