
Nad nabrzeże napływał znad miasta gęsty, duszący dym. Oficer
stojący na mostku „Hasselandu” — starego, pamiętającego
początek dwudziestego stulecia pancernika obrony wybrzeża —
patrzył przez lornetkę, usiłując dostrzec, co też właściwie
się pali. Siedziba rządu?
W oddali słychać było strzały, coraz więcej strzałów z
broni maszynowej. Po schodkach wiodących na mostek zadudniły
kroki. Zdyszany, wbiegł porucznik cyberyjskiej marynarki. —
Premier już jedzie, będzie tu za chwilę! — zawołał
— Ale musimy być przygotowani, bo go ścigają!
— Dobrze, panie poruczniku — komandor odłożył
lornetkę — Proszę zawołać tu dowódcę artylerii.
Porucznik zniknął. Po chwili na mostku pojawił się oficer z
naszywkami kapitana marynarki. — Melduję się na rozkaz
— zasalutował.
— Panie kapitanie… — komandor spojrzał na
niego zmęczonymi oczami — …proszę przygotować
lewoburtowe stopięćdziesiątki. I lewoburtowe siedemdziesiątkipiątki.
Cel: brama portu. Salwa na moją komendę.
— Tak jest panie komandorze! — zasalutował kapitan
— A dwieścieczterdziestki?
— Nie na ten drobiazg, który tutaj jedzie, ale bądźcie
gotowi — smutno uśmiechnął się komandor — Raczej
przeciwlotnicze czterdziestki. Niech będą gotowe do
strzelania… ale nie do samolotów, panie kapitanie!
Strzały, słyszane od strony miasta, nasiliły się. Na dźwięk
dobiegający z rury głosowej, komandor wyjął zatyczkę. —
Komandor, słucham — powiedział do rury — Dobrze, ale
cum jeszcze nie odbierać. Tylko na mój rozkaz.
Od miasta słychać było warkot motoru. Z wizgiem opon na nabrzeże
wjechała czarna limuzyna. Zatrzymała się przy trapie wiodącym na
„Hasseland”. Z samochodu wyskoczył człowiek w mudurze
cyberyjskiej kawalerii i, kryjąc się za pojazdem, wyciągnął
pistolet. Za nim wysiadł mężczyzna w średnim wieku, ubrany w
ciemny płaszcz i jeszcze jeden kawalerzysta. W oddali pojawił się
motocykl. Komandor wyciągnął zatyczkę drugiej rury głosowej.
— Siedemdziesiątkipiątki — ognia w kierunku na wjazd
do portu. Cel — motocykl i inne wjeżdżające pojazdy!
— zawołał.
Dało się poczuć wstrząs i basowy huk. To z górnego pokładu
„Hasselandu” wystrzeliły trzy działa kalibru
siedemdziesiąt pięć milimetrów. Jeden z pocisków trafił prosto
w motocykl, który zamienił się w kulę ognia.
— Trzy salwy zaporowe stopięćdziesiatek na wjazd do
portu! — zakomenderował komandor. Po chwili okrętem wstrząsnęły
wystrzały dwóch dział kalibru sto pięćdziesiąt milimetrów.
Przy wjeździe do portu pojawiły się dwa potężne wybuchy.
Tymczasem mężczyzna w ciemnym płaszczu pojawił się na mostku
„Hasselandu”. Miał siwiejące miejscami, krótko ostrzyżone
włosy; siwiejące wąsy, a na nosie okulary. — Pan premier!
— komandor wyciągnął ręce — Pan premier…
— Panie komandorze, odpływamy — powiedział premier
— Nikt nie zdoła tutaj dorzeć. Hassowscy komandosi obsadzili
już całe miasto i wszystkie drogi…
Komandor wyciągnął zatyczkę rury głosowej. — Odbijamy.
Tak jak rozkazałem.
Lekkie dudnienie maszyny parowej „Hasselandu” stało
się głośniejsze, nad kominem okrętu pojawił się czarny dym.
Marynarzy, po odebraniu cum, stali z bosakami przy burtach. „Hasseland”,
powoli ciągniety przez holownik, oddalał się od nabrzeża. Na
mostku tymczasem pojawił się dowódca okrętowej artylerii.
— Panie komandorze… rufowe stopięćdziesiątki będą
gotowe… — zameldował — Wieża Beta też
gotowa…
Do portu, mijając wielkie wyrwy po pociskach stopięćdziesiątek,
wjechały trzy czołgi z kobrami wymalowanymi na wieżyczkach. Ich
wieże obróciły się i plunęły ogniem. Pociski kalibru stu
milimetrów trafiły w okrętowy pancerz, nie wyrządzając większej
szkody. Tymczasem dwie rufowe stopięćdziesiątki „Hasselandu”
powoli obróciły się w swych kazamatach i wystrzeliły potężnym
basem. A po chwili obróciła się też tylna wieża z działem dwieście
czterdzieści milimetrów. Wystrzał był tak potężny, że ludzie
stojący na mostku na chwilę stracili słuch. Pocisk trafił w
jeden z czołgów i gdy opadł dym, czołgu już nie było, a dwa
pozostałe dymiły. Było przeraźliwie cicho, bo i w mieście ucichły
strzały.
— Panie premierze, odpływamy zgodnie z rozkazem! —
komandor zasalutował — „Hasseland” to staruszek,
ale niełatwo dać mu radę!
— Premierze… — mężczyzna uśmiechnął się
ponuro — Premierze — na emigracji… Co nas czeka?
Co nas t a m czeka?
Komandor zdjął czapkę, przygładził włosy. — Panie
premierze, tego nie wiemy. Ale wiemy też, że nie ma już
Cyberii…
Na zewnątrz zapadał zmierzch. W oddalającej się Cyberii coś
jaśniało, jakby płomienie, które przycichły na chwilę, odrodziły
się z nową siłą. Cyberia płonęła.
„Hasseland” oddalał się od niej z największą możliwą
prędkością — szesnastu węzłów.
***
Premier już nie spał, gdy do jego kabiny ktoś zapukał. Wstał
z koi i otworzył drzwi. Na korytarzu stał marynarz. — Pan
komandor prosi pana premiera — powiedział.
Na mostku komandor wpatrywał się przez lornetkę w widoczny,
ciemny zarys lądu. — Aaa, to pan premier — po chwili
dodał — Jesteśmy.
Przybyły wziął podaną mu lornetkę. Spojrzał przez okulary.
Nad budynkami, oświetlonymi promieniami wschodzącego słońca,
powiewała flaga z trzema kolorami — białym, czerwonym i
niebieskim.
— Sarmacja… — wyszeptał premier — Wolność…
Powrót
|